Kategorie: Wszystkie | Nieznośna lekkość butów | Powidoki
RSS
czwartek, 23 października 2008
Ojciec pio, matka śpio.

 

 

 

  

Romek drepcze cały dzień, miesza zaprawę , nosi pustaki, ociera pot z czoła, przestępuje z nogi na nogę i mlaszcze. Już wiem co będzie. Nie, panie Romku. - ucinam . - Jak Andrzej pozwoli wtedy naleję, nie będę mu się wpierdalał w ekipę, jak pan chce to se pan sam siorbnij z węża. Romek robi wiatrak i zaklina się ,ze sam to nie, żebym ja i że Andrzej to za boga coś tam i oddreptuje do pustaków, szalunków i upapranych zaprawą taczek a myślami jest przy

gąsiorach z winem i tak by tam zległ w garażu podczepiony do gumowej rurki , jak chory do kroplówki, jak palacz do sziszy . Wiem że jutro już będzie lepszy, zdrowszy a po robocie znajdę pochowane po kątach butelki po karmelowym piwie. Twarde prawo poniedziałku.

Drut kolczasty kaleczy palce, konie meczą się na łańcuchach a ja zataczam wokół nich kręgi. Diabelski wynalazek, strzępy tkaniny, kości i dziwne resztki, na czarno – białych fotografiach nigdy nie jesteś pewien tego co widzisz. Nie chciałbym skończyć na drucie kolczastym. To już właściwie końcówka, trzydzieści pięć słupków z przyspawanymi śrubami, nieumiejętne obchodzenie się ze   spawarką,  wizyta  na ostrym dyżurze. Szpital Praski, sieroty popalone łukiem elektrycznym trzymają się za twarze, dookoła mgła a dziecko przynosi mi czekoladę z automatu. Pycha! Trzydzieści pięć słupków, sto kilkadziesiąt metrów siatki leśnej, żerdzie, gwoździe, beton – jak biały wiersz z socrealizmu. No i drut kolczasty. I takie specjalne haczyki do wbijania w drzewo, sok chlapie na palce, szczypie. A kot łazi za mną jak pies i przeciąga się na żerdziach , strącam go w żartach, patrzy chwilę obrażony ale potem znowu wbija pazury w sosnowe okrąglaki. Na dobre płoszy go dopiero warkot piły. Furtka. Koniec. Idę po konie. Z początku zdziwione  ,zataczają nieśmiałe kręgi a potem rzucają się do szalonej gonitwy, dotykam ziemi, drży. Idę do domu po piwo, to już chyba ostatni taki ciepły dzień w tym roku, zrzucam koszulę, siadam na stosie drewna i trę ziemniaki , konie odkryły w kącie ogrodu starą gruszę i wygrzebują z trawy drobne jak śliwki słodkie ulęgałki.

I chyba pomyślałem wtedy że jestem szczęśliwy.

 

wtorek, 19 sierpnia 2008
Pekin 2008 - mam tak co roku.

 

 

Nie przepadam za tym zapachem, jeśli tak pachnie bóg to ja mu dziękuję. Dusząca woń rozmodlenia, perfum w złym guście, wiecznie mokrego tynku. Burmistrz rusza ustami, cały kościół rusza ustami, ja ruszam ustami. Dzieciak chlipie w kolejce do spowiedzi. Strefa oczekiwania, mały klęcznik przed tym właściwym przy kratce. Ksiądz  liczy oczekujących, wybiega na chwilę, do koszyka wpadają drobniaki, czasami jakieś dziesięć czy dwadzieścia złotych. Wrzucam piątkę, nigdy nie przesadzałem z inwestycjami w kulturę i sztukę.

I nie lubię tego momentu kiedy trzeba podawać rękę obcym babom czy obcym facetom, dziś wkoło sami znajomi, oni też nie przesadnie często tu bywają, to jak z Bregowicza..” orkiestra weselno-pogrzebowa”. Palę przy dzwonnicy,  zmotoryzowani kręcą jakieś dziwne kółka, reszta wbija się w  autobus, chłopaki zwijają sztandar, nie zazdroszczę im stania w mundurach w taki upał , Gabryś chwycił pół drzewca i z dziwnym uśmieszkiem wbija się do autobusu, kobiety coś o drągu, autobus rechocze, kierowca upycha wiązanki do  bagażnika, brzdąkają przesuwane kanistry. Kobieta w ortalionowym dresie ciągnie za sznurek kaplicznej sygnaturki, kaplicę zbudowano po wielkiej bitwie jaka miała miejsce w okolicy, co roku jest tu jakiś prezydent, a raz przyleciał  nawet papież, potem już go nie było. Dźwięk dzwonka jest krótki jak uderzenie nożem w kieliszek, słychać jak trzeszczy mocowanie .

Znów ruszają ustami, może i coś mówią . ale szum obwodnicy zagłusza wszelkie dźwięki. Rogi lśnią w słońcu, sztandar łopocze ,płaczki-żałobnice.....jak   u Norwida.

Wrzucam do dołu świerkową gałązkę.

 

niedziela, 27 lipca 2008
Krytycyzm Mas

 

 Najpierw pojawili się gliniarze w białych rekawiczkach , jest w tym coś z klimatu bananowych republik, potem przestały jechac auta, dziwne bo o tej porze ulice są zatłoczone. Muzyka, chyba "childrens of the rewolution", klimatycznie, z przodu rolkarze, riksza z muzyką i ekipa porządkowa z lizakami, odblaskowymi kamizelkami i ciągłym , błagalnym niemal- "lewa wolna!"

No podobało mi się, może to i festyniarskie jak stwierdził Piotrek, ale on ma rower przyrośnięty na stałe do tyłka i mogą go nie bawić takie masówki, łatwo na siebie wpaść, tempo momentami ślimacze, ale to poczucie wspólnoty!

potem po lewej zagrzmiało i pojawiła się tęcza ( na zdjeciu jej nie widać, widac za to zachwyt na twarzach, tęcza.. wielkie mi cuś;))

tęcza nie pojawiła się bez powodu, dopadła nas burza..i tak ze trzy razy

na Krakowskie dotarliśmy już niemal wyschnięci, zmókł mi aparat, bibułki i ulotka ze studia tatuażu.

noc cyklistów

piątek, 18 lipca 2008
- Słyszłeś? Sikorskiego ekshumują. -Jak to?! Dopiero co ze Stanów wrócił!?

  Może i nie zagrali mojego ulubionego i najbardziej wyczekiwanego kawałka ale i tak było zajebiście (pomimo braku bunkrów). W uchu piszczało mi az do dziś. Legenda przygniotła mnie porażającą falą dźwięku, bas miło łaskotał trzewia a zagrane na ostatku Wonderful World Armstronga  zaskoczyło  (co nietypowe jak na klasyków industrialu), lekkością wykonania. Zniesmaczył z lekka gitarzysta wdzięczący się do tlenionych tipsiar (obrzucany przez nie bielizną).

Wylazłem spocony (kto był na koncercie w Stodole to wie czemu), ogłuszony i dumny bo ani razu mnie nie przewrócono, nie zgubiłem kluczyków do auta i portfela ( okulary przezornie m.żonce dałem w depozyt). 

Ministry Jesus built my hotrod

A gitarzysta stał na tyle blisko że można było go opluć, w końcu pankrok to nie rura z kremem,  jak to będzie po angielsku?
czwartek, 10 lipca 2008
To cuś na kumary!

 

 

-         Nie uważasz ,że jesteśmy popierdoleni? – zapytałem

-         Być może ale nikt nie powie ,że zgredzieliśmy.

Kolejny przystanek w trasie, może to był Lublin albo Rzeszów, nie pamiętam, tankowanie albo szybki wyskok na papierosa, miałem zakaz palenia w aucie. Kilometry ,fotoradary, kawy ,redbule, w nocy w otwarte okno pędzącego fordka zaglądała  lecąca na miotle czarownica. Etap pierwszy- Beskid Niski, tam gdzie tego roku wygnało nasze latorośle, my byliśmy jakieś dziesięć lat temu, podróż prawie sentymentalna- wpadliśmy na chwilę, szybki obiad w stadninie koni huculskich, nie było ani Staszka Gamonia, niezwykle płodnej łemkowskiej gadziny (być może widzieliśmy któreś z trzynastki jego przychówku ,ale kto by je pamiętał po latach), listonosza , co to kiedy pił, wieszał czapkę na gwoździu „ Na służbie jestem”, nie zapachniało nam uroczo szpitalnie beskidzką „kropką”. Wskoczyliśmy na chwilę pod pomnik lotników, samolot wracał znad powstańczej Warszawy, spadł właśnie tam. Po latach, przypadkiem , ja i mój brat pomogliśmy wyjaśnić tajemnicę tej katastrofy, lotnicy nieznanego nazwiska przestali być NN, napis na pomniku pozostał.

Nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności odwiedzenia Bieszczad, to tylko stówka, szemrze mi w głowie, stówka w górach po nienajlepszych i z reguły wąskich drogach, to  dwie godziny jazdy. W Dukli dzwonię do kumpla -  „Cześć chłopaku!  Cergowa się dymi!” – długo się zastanawiał „ Te gdzie ty kuwa jesteś?” – No jak gdzie? - W Dukli, mijam właśnie chałupę twojej rodzicielki, ktoś Ci wielki pług postawił na podwórku! – pozazdrościł, pomógł odnaleźć drogę na Komańczę, szybko przedstawiłem żałosny fastfudowy profil naszego zwiedzania, pozazdrościł i tak, zanurzony w jakichś tajemniczych ,przetargowo-ministerialnych papierach tęskni za błockiem Cergowej, piwem żłopanym na dukielskim rynku. Fanki Avril Lavigne szczebiotały radośnie z tyłu ( nie widziały się tydzień, wiec tematów było mnóstwo), ja omijałem dziury po zrywce drzewa a kątem oka podziwiałem góry. W Zagrodzie wybałuszyli oczy ‘ Skąd wy tu ?” –„ A tak wpadliśmy po drodze, jedziemy na koncert” – „ Jaki koncert” – oczy nadal wybałuszone , bo nijak nie anonsowaliśmy naszego przyjazdu, perfidnie zależało nam na elemencie zaskoczenia.

„ No na koncert, do Wrocławia.” Wytrzesz gałek totalny „ No to macie chyba daleko i nie po drodze” „ Jak nie po drodze?”- udałem zdziwienie. „ To tylko stówka.”

Piwo mają tam nadal dobre.

Dziewuchy zapoznawały się nowym zwierzakiem, ślepym koniem o wdzięcznym imieniu Karuzel, nas pochłonęły rozmowy, dżezik , piwo z lekka mieszane domowym winem.

Noc była cholernie krótka. Szybkie  śniadanie, ser huculski od Heńka ( w nawiasie pisząc zajebisty z pesto i makaronem) i w drogę.

Pani w punkcie opłat krakowskiej autostrady z lekka chyba zażenowana sytuacją, autostrada płatna i w remoncie, polska specjalność. Mimo wszystko cieszyłem się że jest jaka jest, bez niej za grzyba nie zdążylibyśmy na 17-tą do Wrocka. Nasza tymczasowa druga córka odpaliła Panią Zmieniam Trasę – z lekka przekonuję się do nawigacji, do Hali Ludowej trafiliśmy bez problemu. Wróć! Sorki – Hala Stulecia – dziwnym trafem wczoraj wyczytałem ,ze prezydent Wrocławia zmienił jej nazwę na przedwojenną, Nazwa miała uczcić stulecie bitwy pod Austerlitz gdzie to między innymi miał zaszczyt pięknie się utopić znany polski książę.

Avrilka sobie śpiewała a ja teoretycznie miałem się kimnąć w aucie .

Zamiast tego niewątpliwe rozsądnego założenia kupiłem sobie gazetkę i tak wyposażony ruszyłem w miasto. Gazetka pozwala udawać miejscowego, można sobie poczytać, przykryć obsraną gołębiem ławkę. Zauroczyłem się Wrocławiem, nie wiem jakie tam mają piwo ale będę tam wracał.

Potem już z górki, a raczej znów w górki. Jakieś pięć stówek. Bezpłatna autostrada, płatna autostrada, poranna skacowana Nowa Huta, mile bliźniacza z warszawskimi osiedlami robotniczymi. Dziecię odstawione z powrotem na obóz jeszcze przed śniadaniem.

Po drodze cmentarz  na Magurze Małastowskiej, mój ulubiony, bratnie mogiły żołnierzy wrogich armii Wielkiej Wojny, brzmienia nazwisk obu stron konfliktu podobne. Nad ich snem czuwa naiwnie piękna Matka Boska. Rzeźbiona w drewnie macewa.

 

 

Jeszcze tylko pięć stówek, w gardle landrynkowy smak redbuli.

Może i nie zgredzieliśmy ale po dojechaniu na miejsce czułem się jak robot, w ciszy ogrodu dochodziłem do świata żywych długie godziny. Czekająca mnie w weekend wyprawa na Roztocze a  stamtąd na Podlasie jawi mi się jak niewinny spacerek.

..............................................................................................................

http://pl.youtube.com/watch?v=xM_K6fH3_gg

niedziela, 29 czerwca 2008
Środa 19.05 Tvp Kultura

 

  http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/424969

23:46, samsonmiodek32
Link Komentarze (8) »
sobota, 28 czerwca 2008
Бойовий Гопак

 

 

Sąsiadka  dawno nie odwiedzana zadzwoniła dziś z błagalnym apelem. Opatrzność wybrała mnie abym poćwiartował i ewentualnie zjadł ofiarę wypadku drogowego. Kupiliśmy ciasto, takie co to się trzęsie i w środku mruga wesoło roztrzęsiona truskawka i wpadliśmy na kawę. My kawę na górze , a na dole w sionce, w cebrzyku chłodziła się wstępnie rozciachana ofiara.

 A ja się tak starałem, nie strzelam do biednych zwierzątek, wieszam słoninkę dla sikorek i regularnie oglądam Zwierzyniec czy inne takie spektakla gdzie  szalone ekolożki wylizują psie zadki. Nic z tego, opinia kilera  pozostała i chyba do  grobu wrzucą mi pieczeń z dzika  bo ja oczywiście bez niej nie zaczynam dnia. Zupełnie jak Obelix. Ofiara wypadku tłucze kopytkami w drzwi zamrażarki a ja się zastanawiam komu by ją...

Wezmę zioła i folię taką co to ją wynaleźli Rosjanie przy okazji budowy sputnika, oczywiście słonina, tym razem nie dla sikorek.

A potem skarmię tym gości, a co! Po litrze słodkiej żołądkowej nie poczują nawet, że to co jedzą nie zostało ubite konwencjonalnie , z resztą wąchałem ,nic a nic nie czuć zderzakiem fiata.

 

Wiecie ile waży dziesięć złoty w jedno groszówkach?  Dla ułatwienia dodam że od zaje...... Trzy godziny szurania palcami po stole, słoiki wypełnione mamoną. Wizja koników wiezionych na rzeź budziła mnie w nocy , rozrywała mi koszulę od piżamy i moczyła oczy (dobrze ,że tylko oczy). Wstrętni Włosi zżerają naszą kawaleryjską legendę!! Robią z niej kabanosy ,szynki i pewnie też koniak. Dzielne moje dziecię zrobiło zbiórkę w szkole. Ja oślepłem do reszty, dzielna moja Mżonka dostała garba od dźwigania tego na pocztę, oczywiście trza to było posegregować bo inaczej tłum emerytów ,którzy jak wszyscy wiemy ukrywają się na pocztach i w poczekalniach lekarskich by ją biedaczkę rozniósł na laskach i balkonikach.Trzy stówy w bilonie! Na opuszkach palców mam odciśnięte orły.Nie będzie Włoch żarł naszych źrebaczków! Pizze niech wpierdala!

 Więc dlaczego? Pytam. Dlaczego, przy moim bezgranicznym zaangażowaniu w sprawę ratowania naszych braci mniejszych, jak trzeba ustrzelić wrony bo szkodzą w ogórkach, oprawić jakieś truchło co to biegło po drodze nie swoim pasem, wszyscy raptem przypominają sobie jak się nazywam , gdzie mieszkam i co gorsza znają mój numer telefonu? Mają mnie oczywiście wpisanego pod K.

Niby słusznie. 

wtorek, 24 czerwca 2008
Flaki. Poczuj smak zwycięstwa.

 

 

Kiedy słońce jest takie ostre, mrużę oczy. Idę po samochód. To tak absurdalne jak   niedawna odpowiedź sąsiada „ Idę  sobie pochodzić, w domu nic nie mam do roboty ”. A ja idę po samochód.. Na strzeżonym parkingu myjnia, powiew wiatru przynosi z tamtej strony miły wilgotny  chłód i zapach detergentu. „ Do kompletu hydrowosk gratis!” – krzyczy, krzyczał baner, żółte litery są mocno sfatygowane nikt  nie odgadnie co   znaczy słowo „ydro sk” , ja pamiętam to pierwsze bardziej sensowne brzmienie, ale ciągle nie wiem czym jest hydrowosk. W myjni stoją w kącie wielkie banie z olejem opałowym, sfatygowane pralki do mycia dywaników i ani śladu tej tajemnej substancji. Mimo wszystko miło jest mieć coś do kompletu i gratis nawet jeśli ta rzecz zupełnie nie istnieje. Skręcałem już w bramę, wszystko w kolorach sepii, zamykasz na chwilę oczy, pod powiekami obraz tego co widziałeś przed chwilą, nie można bezkarnie patrzeć w słoneczną tarczę zbyt długo. Z Folwarcznej wychodzi człowiek. Zdychający pies ma oczy zdychającego psa, człowiek ma starą kurtkę,  starą duszę kiedy prosi o pięćdziesiąt groszy na wino ... „ ziomal, poratuj...” Dziś o nic nie prosi, idzie wprost na mnie , patrzy gdzieś nad moja głową, niesie starego psa, szepcze coś do niego. Wchodzę w bramę, nie odwracam się, przecież wszystko by znikło. A tak, zawsze tam będzie stary pies i jego pan ze starą duszą i zawsze chwilę przedtem zmrużę oczy.

................................................................................................................................

http://pl.youtube.com/watch?v=niTdmRhzyVM&feature=related

23:54, samsonmiodek32 , Powidoki
Link Komentarze (5) »
środa, 11 czerwca 2008
Obiady domowe.Transmisje na żywo.

 

  

Pomimo żaru lejącego się z nieba są jeszcze miejsca gdzie jak na złość suszy nie widać, jednym z nich jest niestety mój las, traktor ledwo się wdzierał, o wjechaniu z wozem można zapomnieć. Sobota - warczenie piłą i ręce wysmarowane żywicą, piękny zapach.A sobotni wieczór i niedziela w Tomaszowie, ognisko, wódka od aliantów i wydziwianie na ukraińskie wioski, ale już przywykli, stało się to niemal tradycją ,że zawsze chcę jakąś wyszperać. A przeważnie nie jest to łatwe , map praktycznie nie ma , te co są ,  mocno niedokładne , o tej porze roku jest jeszcze trudniej bo chaszcze porosły na metr, a drzewa owocowe już właściwie nie kwitną. Tym razem polegałem na pamięci kolegi i nawet długo nie szukaliśmy choć był już lekko zamroczony Perłą i mogło mu się pomieszać.

Stare bruśnieńskie krzyże toną w zieleni, w greckokatolickiej cerkwi mimo zwalonej kopuły panuje miły chłód,  przepastna studnia owinięta drutem kolczastym, widać już ktoś jej kiedyś nie zauważył. W dzwonnicy ocalały elementy kołysek dzwonów, dzwony pewnie gdzieś leżą zakopane i raz do roku  słychać ich grobowe dzwonienie. Tych co nimi kołysali wysiedlono może już w 40-tym roku, kiedy zjechali tu sowieccy inżynierowie żeby budować w okolicy olbrzymie bunkry, może wysiedlono ich w Akcji Wisła kiedy walczono z zapleczem  UPA. Pszczoły uwijają się w gałęziach czeremchy, niektóre zmęczone przysiadają na ramionach krzyży. Jedne są olbrzymie ,nieforemne, niedbale wyciosane, inne ledwo wystają ponad zieleń, misternie wykute napisy oblazł mech ,starocerkiewno słowiańskie znaki równie dobrze mogły by być wikińskimi runami, są dla mnie tak samo łatwe do odczytania. Pod nogami kawałki dachówek i stopione ogniem szkło, podnoszę mały błękitny kawałek. Niebieskie pszczoły, niebieskie krzyże, niebiesko wysadzona kopuła cerkwi pod wezwaniem Świętej Paraskewii.

 

 

 

....................................................................................................................................................................

http://youtube.com/watch?v=qHqTTSjWBvg

Pomimo żaru

wtorek, 27 maja 2008
Świat kurczaków.Świat sprężyn. Słowo LAS...

 

  - A my już mamy wszystko pozałatwiane? -zapytał. Spojrzałem dziwnie, chciałem krzyknąć " Stary! Co Ty pierdolisz!?"

 - Tak, tak.- odpowiedziałem. Dość już walk. Stary. Ojciec. Dziadek. Jest dziś bliżej niż kiedykolwiek. Usiadł dziś u mnie w pracy, żółty , umęczony, w kubku chłodziła się słaba, lekko posłodzona herbata.

- Z tym naświetlaniem nie wychodzi, może teraz chemia- patrzy na mnie jakbym miał jakieś mniej mgliste pojęcie niż on, mimo to wiem ,że jak chemia to będzie bliżej domu, może nie bliżej mnie, ale swego miejsca na ziemi gdzie ludzie są przyjazni, lekarze nie mają cię aż tak głeboko w dupie jak w pierdolonym centrum onkologii.

Tak, mamy wszystko pozałatwiane, to brzmi jak pierdolone pożegnanie , ale nie powiem tego na głos, nie powiem .

Przyjdzie z lasu niedźwiedź i nas pożre i nikt nie odważy się nazwać Go po Imieniu.

    

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6